Nie
widziałem żadnego comic stripu z serii „Tamara Drewe”, więc z góry przepraszam
fanów komiksu, że nie będzie odniesień do „Batmana” i „Sin City”. Co gorsza,
nie czytałem także powieści Hardy’ego, która ów komiks zainspirowała. Ponieważ
jednak film jest lekki, niezwykle przyjemny i jeszcze rozpływa mi się w ustach,
pozwolę sobie nie mieć poczucia winy i wstydu z powodu potencjalnie
nierzetelnej recenzji. Zabijcie mnie.
„Tamara i mężczyźni” to klasyczna komedia romantyczna o dość banalnej i przewidywalnej fabule. Tamara przyjeżdża z Londynu do rodzinnej wioski, w której oczywiście są i łąki umajone, i doliny zielone, i wszystko inne, czego nigdy nie ma w naszych rodzinnych wioskach. Tamara ma porośnięty kwieciem i bluszczem dom z szesnastoma łazienkami, a do tego ogorzałego i sprężystego lokalnego demona seksu, który ochoczo przykręca wszystkie śrubki i wyraźnie dąży do happy endu. Niestety: Tamara ma także nowy nos, dzięki któremu zauważyła, że ma także piękny biust i niewiarygodne pośladki, wobec czego bawi się na całego, dopraszając do zabawy pięknego, ale niedojrzałego urwisa z indie rockowego zespołu i brzydkiego, ale jeszcze bardziej niedojrzałego pisarza w wieku emerytalnym. Swą własną, równie spektakularną przemianę przechodzi żona pisarza. W finale wszyscy dostają to na co zasługują, ale o tym warto się już przekonać samemu, więc nie będę psuł szanownemu państwu naprawdę pierwszoklaśnej zabawy.
Frears zawsze kojarzył mi się z kinem łagodnym, przyswajalnym, a jednak zapadającym w pamięć. To antyteza polskiego kina pop, które – niezależnie od gatunku – przypomina dresową dziewuszkę: jak jest zbyt spokojnie, subtelnie i pastelowo, to znaczy że obowiązkowo trzeba czymś przypierdolić między oczy. “Tamara Drewe” to jeszcze jeden film, który należałoby dołączyć do przymusowego zestawu dla przestępców odpowiedzialnych za degradację polskiej komedii do postaci wydalanej na masową skalę magmy. To dowód na to, że film może być lekki i przystępny, ale nie debilny. Prosty, ale nie prostacki. A co najważniejsze: śmieszny.
Rózgę od Mikołaja w tym roku dostaje Gutek Film, za koszmarne błędy w tłumaczeniu. Rozmowa o Angelinie Jolie: „I like the baby though. I’d like one that colour” (cytaty mogą nie być dokładne, ale ręczę za sens). Tłumacz w ogóle nie chwyta o kim mowa, a pisze coś o tatuażu – zapomnijmy co. Niepokojony przez natręta pisarz mówi „The hat’s on. THE HAT’S ON. It means: no talking”. Tłumacz rzecze: “Harmonia”. Niestety jest tego więcej. Gutku, wypadek przy pracy? Bo trochę się boję iść na „Ludzi Boga”, z których bez napisów ne comprends rien.
Tagi: film, kino, gemma arterton, tamara drewe, tamara i mężczyźni, stephen frears, roger allam, dominic cooper, bill camp, tamsin greig
skomentuj (0)
Ostatnio było o filmie bez treści, a dziś przedstawiciel ginącego gatunku, czyli film ze scenariuszem jak brzytwa Ockhama: żadnej postaci bez znaczenia, żadnej niepotrzebnej sceny, żadnego zbędnego słowa.
Pamiętacie kawały o Polaku, Rusku i Niemcu? Tu mamy jeszcze Jankesa, Fina i obywateli trzech demoludów, którzy co kilka lat spotykają się w saunie, gdzie – pomimo neutralnego gruntu, po którym chadza się bez majtek – rozgrywa się wielka polityka, toczy się walka o rząd dusz, a nawet dochodzi do jednego udanego zamachu stanu. Intryga goni intrygę, a napięcie rośnie wprost proporcjonalnie do temperatury. Błyskotliwe dialogi i rasowe aktorstwo sprawiają, że ten film ogląda się z dziką przyjemnością.
Byłbym ostrożny w dopatrywaniu się w „Saunie” metafory ówczesnego świata, sytuacji geopolitycznej czy relacji pomiędzy obywatelami poszczególnych krajów. Przede wszystkim, film ten pewnie nie miałby dziś szans na wypłynięcie na szersze wody z oczywistego od pierwszych minut powodu: wszystkie postaci zbudowane są niemal wyłącznie ze stereotypów, co gorsza tylko tych zakorzenionych w Polsce tamtych lat. Mamy więc cynicznego samca alfa z ZSRR, biernego ale wiernego obywatela NRD, zdystansowanego Węgra czy wiecznie uśmiechniętego i naiwnego Amerykanina. Jedynym ideowcem w tym towarzystwie jest naturalnie Polak, który w pojedynkę stawia czoła całemu blokowi wschodniemu i wygrywa – nie tylko władzę, ale i kobietę.
Ale z drugiej strony kto powiedział, że ma być obiektywnie i sprawiedliwie? Jak w bajce Ezopa: jest chytry lis i waleczny lew, w pobliżu waruje wierny pies, a na gałęzi nad ich głowami relaksuje się kompletnie obojętny na wszystko koala. Do „Sauny” trzeba zatem wchodzić z odpowiednim dystansem.
Pomimo, że film telewizyjny nigdy nie cieszył się takim uznaniem i nie oferował aktorom takiego prestiżu jak wielkie kino, w „Saunie” zgromadziło się towarzystwo doborowe. Wszystkich ogląda się z ogromną przyjemnością, jednak Władysława Kowalskiego i Henryka Bistę po prostu chłonie się przez skórę. Jak powszechnie wiadomo, gdyby Kowalski zaczynał w LA, Dustin Hoffman pewnie nosiłby za nim telefon. Muszę także wspomnieć o nieodżałowanej Gabrieli Kownackiej, w której to zakochałem się pierwszą miłością właśnie po „Saunie” jakieś 15 lat temu.
Na koniec warto dodać, że film ma niezwykle istotne walory edukacyjne: do czasu „Sauny” nikt nie przypuszczał, że tak też można pić wódkę. Nawet w Polsce.
Tagi: film, kino, sauna, kondrat, linda, bajon, kowalski, bista, kownacka, opania
skomentuj (0)
Będąc onegdaj piknikowym kibicem pewnej Wisły (bynajmniej nie krakowskiej), częstom dywagował z kolegami po szalu na taki oto temat: gdyby tak do zastanych na boisku futbolistów, którzy – dodam z kronikarskiego obowiązku – reprezentowali zwykle poziom mocno podwórkowy, dokupić tylko Ronaldinho, to czy one, te piłkarze, wygrywałyby wszystkie mecze w Polsce, czy też nie? A gdyby tak jeszcze Buffona i Roberto Carlosa? Wygrywałaby taka tuningowana Wisła (mocno daleka od krakowskiej) czy nie? Każdy, kto kiedykolwiek rozważał, czy Brusli wygrałby z Rambo 3 wie o jakiego rodzaju dywagacje chodzi. Film skądinąd potwornie sympatycznego Jakubika Arkadiusza daje uniwersalną odpowiedź: choćbyś zebrał tysiąc atletów, tysiąc kotletów, lokomotywę i resztę pociągu, a zabraknie pomysłu co z tym zrobić, to efekt może być tylko jeden: piękny i profesjonalny bajzel.
Na to, co się dzieje w obsadzie tego filmu, powiedzieć „Dream Team” to za mało. Topa. Maćkowiak. Andrzejewski. Do tego Drężek. Do tego Lenartowicz w doskonałej formie i nareszcie dobrze wyreżyserowany Gołębiewski. Każdy piekielnie zdolny, każdy niedoceniany w „gównym” nurcie. Czyli intuicja doskonała. Słabiej to wygląda po kobiecej stronie: Popławska teatralna, Olszówki nie ma, pani od mejkapu jest panią od mejkapu. Można odnieść wrażenie, że to bardziej historia o mężczyznach, a nie o miłości, a zatem spróbujmy rozwiać wątpliwości i zastanowić się o czym właściwie mówi ten film.
Otóż, proszę państwa, o niczym. Tych wszystkich scen, scenek, zdarzeń, gagów, niektórych udanych, niektórych przewidywalnych, niektórych błyskotliwych, nie spaja absolutnie nic, czy to w treści, czy w formie. Mamy film w filmie, metateksty, obecność autora – wszystko to już znamy i lubimy. Mamy tytułową prostą, ale niestety także banalną historię o miłości. Raz jest sentymentalnie, raz groteskowo, raz rubasznie, raz knajacko – chyba tylko Koterskiemu to wychodzi. Co pewien czas przebijają się jakieś próby improwizacji lub przynajmniej względnie swobodnej interpretacji tekstu, ale generalnie całość do końca ugina się pod ciężarem ewidentnie dopieszczonego i wychuchanego przez autora scenariusza, niestety marnego jak zupa na gwoździu.
Nie pojmę, jak można znaleźć się w jednym wagonie z Maćkowiakiem i Topą, Andrzejewskim i Drężkiem, Lenartowiczem i Gołębiewskim, po czym rozłożyć wszystko za pomocą tekstu pozbawionego jakichkolwiek atutów. Za pokutę: skrzykujesz Pan wszystkich z powrotem (teraz może do pekaesu) i robisz drugi film, który będzie miał w sobie coś więcej, niż „Plebania”. Pun intended.
Tagi: film, kino, jakubik, topa, gołębiewski, prosta historia o miłości, maćkowiak, drężek, lenartowicz, popławska
skomentuj (0)
„Każdy zrobiłby to samo”. Herosi in spe doskonale wiedzą, że tak należy odpowiadać na wszelkie wyrazy podziwu lub wdzięczności. Otóż nie każdy. Gdy potrzeba bohaterstwa materializuje się tak mocno, że czujesz ją w nozdrzach, płucach i żołądku, gdy w oczach proszącego o pomoc widzisz ostateczność, gdy trafia cię jak pocisk myśl, że to już, teraz i tu, wszystko albo nic – nagle okazuje się, że gdy się włoży głowę między kolana i zatka uszy odpowiednio szczelnie, można to przeczekać, przesiedzieć pod kocem, by po chwili wyjrzeć jednym okiem i sprawdzić, czy sytuacja wróciła do bezpiecznej normy. Zwykle wraca.
Falk przypomina, że bohaterstwo to niezwykła rzadkość. Od tej jednej nazwanej, namacalnej tragedii o czarnych ufnych oczach, każdy z osobna i wszyscy razem potrafią jednak odwrócić głowę, choć trudno w to uwierzyć widzowi ze świata, w którym nie rozbija się dzieciom główek kolbą karabinu ani nie rzuca noworodków owczarkom do zabawy. Tacy jesteśmy i módlmy się, byśmy nigdy nie musieli się o tym przekonać. Czasem jednak okazuje się, że w niepozornej osobie, tej jednej na milion, tkwi tytan, który – gdy to konieczne – udźwignie ciężar chrystusowego krzyża, przyjmie całe cierpienie i ból bez chwili wahania i tym samym uchroni w sobie człowieka.
„Joanna” to portret heroizmu absolutnego. Tu nie ma miejsca na analizę motywów, jakie kierują tytułową bohaterką i każą jej ratować życie, wielokrotnie, codziennie, za każdą cenę. Joanna to działanie, którego cel nigdy nie jest kwestionowany. Kolejne tragedie i upokorzenia, ciosy ze wszystkich stron, utrata wszystkich i wszystkiego, na czym się dotąd opierała i upadki pod ciężarem nie jednego, a co najmniej kilku krzyży niszczą w niej niemal wszystko, ale nie instynktowny, zwierzęcy przymus do osłaniania własnym ciałem życia, za które wzięła odpowiedzialność.
To także film o samotności w cierpieniu. Gdy Joanna dramatycznie szuka oparcia, poznaje wiele skrywanych na co dzień cech ludzkiej natury: lęk, chciwość, żądzę, bezwzględność, mściwość, bezmyślność. Choć sama historia może wydawać się schematyczna, a w czasach odważnych rewizji postaw Polaków wobec zagłady wręcz koniunkturalna, nie wolno wciągnąć tego filmu w meandry dyskursu historycznego. Opowieść o ratowaniu dziecka przed zmiażdżeniem przez koło historii to tylko pretekst dla pokazania uniwersalnego portretu człowieka z granitu.
Z formalnego punktu widzenia, „Joanna” jest filmem bardzo konwencjonalnym, aż do ostatniej sceny, której estetyka i wyraz dosłownie wbijają w fotel i nie pozwalają zaczerpnąć tchu. Choć dla tradycjonalistów zakończenie może być zbyt dużą ekstrawagancją, uważam, że ta scena przenosi film w zupełnie inny wymiar.
Nie miałem okazji zobaczyć Urszuli Grabowskiej na scenie, więc w moim świecie była jak dotąd jednym z dwóch powodów, dla których warto było tracić czas na „Przedwiośnie” (drugim i ostatnim powodem jest naturalnie Gruszka), a oprócz tego twarzą migającą w serialach i zapowiedziach rozmaitych tworów marketingu filmowego z „miłością” w tytule. Po obejrzeniu jej „Joanny”, po raz kolejny utwierdziłem się w takim oto przekonaniu: skurwiałe to czasy, w których ludzie obdarzeni iskrą bożą muszą (chcą?) wycierać się ręka w rękę z miernotami w fabryce telewizyjno-reklamowej pulpy. W ilu filmach Urszula Grabowska nie zagrała? Ta rola zobowiązuje.
Tagi: film, kino, joanna, falk, grabowska
skomentuj (0)
Magia kina znowu działa. Nine. Cacuszko, perełka, klejnocik. Zjawisko, któremu na imię Penelope – teraz mam już pewność, że to jedyna obok Belucci obecna gwiazda (tak, właśnie gwiazda, w każdym znaczeniu), która może równać się z diwami kina klasycznego. Organiczny Daniel Day Lewis, jak zawsze bez pudła. Nicole Kidman, krótko, ale jakby ktoś kostkę lodu przesuwał po rozgrzanych plecach. Judi Dench. Sophia. Alfa Romeo Giulietta. Italia. Scenariusz o klasycznym rodowodzie, dotykający sedna. Wszystko wytytłane w dekadencji i nasączone taką ilością erotyzmu, jakiej nie widziałem na ekranie od naprawdę dawna. Warto żyć dla takich filmów.
Miałem napisać o kmiotach chodzących do kina po to, żeby w czasie filmu drzeć do siebie mordę, o bezwstydnym emanowaniu własną ignorancją i prymitywem (10 minuta filmu: „Ej, co to za film, tu będą śpiewać?”), o tym dlaczego jestem zwolennikiem door selection w kinach (30 minuta filmu: „Ej, za 10 minut w sali obok leci Ciacho, dawaj niuniek, jeszcze będą miejsca”), o tym dlaczego czasami bywam zwolennikiem selekcji w znaczeniu ogólnym, if you know what I mean, a także o tym czym zajebałbym typa, który wymyślił, żeby sprzedawać w kinie popcorn. Ale nie napiszę. Nie warto.
Warto iść na Nine.
Tagi: film, kino, nine, marshall, kidman, fellini, cruz, day-lewis, cotillard
skomentuj (0)
Kolejny tydzień świstaka. Sprzedany za konkretne pieniądze, ale jednak. Mógłbym teraz policzyć ile takich tygodni mi zostało. W optymistycznym wariancie ze 2-3 tysiące. Każdy po siedem dni i więcej nie będzie. Ile każdy z nich jest warty? Czy lepiej już teraz robić tylko to, na co ma się ochotę, czy raczej harować dziś, z myślą o cannabis, whisky, ananas jutro? Jakiś czas temu wybrałem drogę pod hasłem „No pain, no gain”, chociaż to chyba raczej droga wybrała mnie – taki był układ i trzeba było uratować nasz mikrokosmos od zagłady, a potem jeszcze raz i jeszcze, jeszcze kilka razy i obawiam się, że ad infinitum.
Teraz jest już chyba za późno by cokolwiek zmienić w tej materii, choć czasem nadal myślę, by zamustrować się na cudnym potworze rodem z Tortugi i w kompanii ogorzałych bezpaństwowców przegrywać życie w karty i butelkę co tydzień pod innym niebem, grać muzykę, której nie rozumie nikt poza garstką osób mieszczącą się w hermetycznej knajpie w Soho, gdzie nie dotarły cywilizacyjne brednie o raku płuc czy syndromie Piotrusia Pana, albo wieść awanturnicze życie w ciągłej podróży na gapę pomiędzy Goa, Kingston i Mierzeją Helską.
Tak zwana mądrość życiowa polega poniekąd na tym, by w
odpowiednim momencie zrezygnować z marzeń. Ja zrezygnowałem z nich kilka razy i
zawsze były to decyzje, które teraz okazują się kamieniami milowymi w moim
życiu. Wybór studiów. Rezygnacja z jakichkolwiek wyjazdów, kiedy możliwości
były nieograniczone. Przejęcie zobowiązań, które ciążą do dziś, nie tylko
finansowo, ale przede wszystkim emocjonalnie. Zasiedzenie. Pracoholizm.
Degeneracja.
Dobra, se ne vrati, to już minęło ten klimat ten luz, a poza tym i tak już nie ma dzikich plaż, na których zbierałam bursztyny. W każdym razie jeżeli kiedyś Pacynka albo jej siostra lub brat powie mi, że po maturze zamiast na studia wybiera się w trasę po Europie z wędrowną trupą teatralną albo zamierza poświęcić życie na udowodnienie hipotezy Riemanna i zobaczę przy tym tę iskrę w oku, której tak zazdroszczę i pożądam, przyklasnę i powiem sobie pod nosem: „Udało się, no kurwa udało się”.
skomentuj (0)
Chyba się przeciera. Tym razem było fatalnie, a wśród upiorów pojawiły się nowe, odporne na dotychczas stosowane domowe sposoby. Obawiam się, że przetrwanie kolejnego zaćmienia może okazać się niemożliwe bez pomocy fachowca, którego – według wyników researchu przeprowadzonego ostatnim razem – trzeba będzie szukać w odległości co najmniej 100 kilometrów. Raz albo dwa w tygodniu, przez minimum rok, bo w nic innego nie wierzę. Łatwe to nie będzie, ale nie chcę sprawdzać co jest pod kolejną warstwą mułu, więc chyba nie będzie wyjścia.
Ale tym razem się udało i chyba bez ofiar, a to duży sukces. Zatem radujmy się.
Mam od dzieciństwa głęboko zaprogramowane tabu na tematy fizjologiczne, a konkretnie związane z wszystkim, co się z tego cudu, jakim jest ludzkie ciało wydobywa. Nigdy nie mówię w jakim celu idę do toalety (zdarzają się jednostki z tendencją do anonsowania: „Idę się wysikać” tudzież „Idę postawić klocka”, jakby czasami chodzili tam także na partię warcabów lub zebranie rady osiedla). Nie rozmawiam o problemach z cerą, wypryskach, opryszczkach i wysypkach. Takie czynności jak obcinanie paznokci czy depilacja są dla mnie co najmniej tak samo intymne, jak, na ten przykład, masturbacja; właściwie to nawet bardziej, bo tylko to ostatnie byłbym w stanie zrobić w towarzystwie.
Ale ponieważ tutaj idę na całość, jest ważna okazja, a poza tym – co najważniejsze – jestem tu sam sobie autorem, czytelnikiem, sterem, żeglarzem, okrętem i czym tam jeszcze, to dziś robię wyjątek i komunikuję co następuje.
Bejbi wróciła dziś z porannych zakupów z pierwszym nocnikiem. Pacynka na nim siadła, otrzymała do ręki książkę pt. „Małe stworzonka”, po czym walnęła przepiękną kupę. Po raz pierwszy w życiu nie do pieluchy, nie licząc wypadków podczas przewijania. A kilka godzin później zgodnie z podobną procedurą wykonała jeszcze siku. Dla takich chwil warto żyć.
skomentuj (0)Disclaimer
Nie dostaję pieniędzy za pisanie o kinie, teatrze, muzyce i własnych obsesjach. Nie odpowiadam za żadne skutki czytania tego bloga. Nie schlebiam gustom osób trzecich na żądanie, a zdanie zmieniam rzadko i wyłącznie po merytorycznej wymianie zdań. Zwykle nie mam ochoty na tłumaczenia dlaczego wolę „Karate Kid” i „Ghostbusters” od „Ucieczki z kina Wolność”, dlaczego zawsze oglądam „Home Alone” w święta, dlaczego katuję wszystkie serie „The Wonder Years”, choć to sentymentalna amerykańska propaganda dla szmirusów, dlaczego podobały mi się „Dziewiąte wrota”, a nie podobał mi się „Katyń”. Autopoprawka: przeokropnie chętnie o tym wszystkim porozmawiam, pod warunkiem, że nie użyjesz argumentu o „wszystkich krytykach”, „milionach fanów” lub „obiektywnej wartości”. Wtedy kopię prądem i rzucam piaskiem. Have fun.